niedziela, 7 czerwca 2015

Rozdział 1

Przepraszam, że tak długo nic nie pisałam, ale jakoś nie mogłam znaleźć czasu na pisanie. No, ale rozdział jest i zapraszam do komentowania.
                                                                                                                                     Blue Angel
~*~


Harry z Hermioną pobiegli do Rona, wołając:                                        
- Ron! Ron!
Rudzielec się odwrócił, trochę się zmieszał, bo w końcu nikt jeszcze nie wiedział, że znalazł sobie drugą połówkę.
- Emmm… No hej. No to jest moja, ymmmm… dziewczyna. – ostatnie słowo było prawie niedosłyszalne. – Kate, to moi przyjaciele, chyba ich znasz. – To było już pewniej powiedziane przez Rona. Miał nadzieję, że jego przyjaciele dobrze to przyjmą.
- Pewnie. Jestem Katie Bell. Jesteśmy na jednym roku (zmieniłam na potrzeby opowiadania). – Dziewczyna wydawała się być zupełnym przeciwieństwem swojego chłopaka. Zero niepewności, zero jąkania się. Złoty Chłopiec i najmądrzejsza czarownica od czasów Roweny Ravenclaw zastanawiali się co ich połączyło i kto pierwszy zapytał o chodzenie.
- Cześć. –Harry uścisnął dłoń z Katie.
- Cześć. – dziewczyna Rona przytuliła się z Hermioną. - No to może pójdziemy razem do pociągu? Nie będziemy tu chyba stać przez wieczność i rozmawiać, prawda?
- Jasne. – odkrzyknęli chórem. Po czym poszli do pociągu znaleźć jakiś wolny przedział prowadząc luźną rozmowę. Atmosfera powrotu do „drugiego domu” udzieliła się każdemu i nikt nie myślał o swoich zmartwieniach.
~*~
Draco rozmawiał z Blaisem. Szukali też swoich przyjaciół. Mogłoby się wydawać, że oni mają ich wielu, ale nie. Tych prawdziwych było tylko kilku i oni tego zmieniać nie zamierzali. Wojna nauczyła ich ostrożności.
- O! Tam są! – zauważył ich pierwszy Zabini. Miał na myśli Pansy, Dafne i Teodora.
- Cześć Wam! – wykrzyknął Draco.  
- Siemka! Co tam u Was, chłopaki? – wykrzyknął Teo.
- Spoko. – Draco odpowiedział w imieniu swoim i kolegi. Wyczuł też, że w głosie Teodora było coś tajemniczego. Czyli pewnie chce im coś powiedzieć. Tylko co? Tego nie wiedział, ale jak widać się nie pomylił, bo gdy szli do pociągu kolega podszedł do niego i szepnął mu na ucho:
- Musimy pogadać. – i wszedł do wagonu. Draco zastanawiał się o co może mu chodzić. Bo wątpił w to, że będzie to lekka rozmowa. Ma jakiś problem, to oczywiste. Tylko jaki? Stwierdził, że najlepiej będzie jak da sobie z tym teraz spokój, przecież i tak za niedługo się dowie. Z tym postanowieniem wszedł za kumplem do pociągu. Póki co Express Hogwart powoli zapełniał się uczniami, więc łatwo było znaleźć wolny przedział. Teodor Nott, Pansy Parkinson, Dafne Greengrass, Blaise Zabini i Draco Malfoy usiedli wygodnie w przedziale.
 - No to kto chce Ognistej? – powiedział widocznie zadowolony z siebie Blaise wyciągając na stół whiskey.
- Jeszcze nie dojechaliśmy do Hogwartu, a ty już chcesz nas upić? – spytała się lekko oburzona Dafne.
- Nieeeee… Jedną butelką się nie upijesz, a ja wolę sobie resztę zostawić na później, bo alkoholu tak łatwo nie kupisz.
- Acha. – odezwała się Pansy. – dobra pijemy to!
- No i to ja rozumiem! – Zabini się wyraźnie ucieszył. Znalazł sobie poparcie. A to oznaczało, że wszyscy chcąc, nie chcąc zaczęli pić razem butelkę Ognistej. Nawet było całkiem przyjemnie, bo w końcu najlepsi przyjaciele zazwyczaj spędzają miło czas. Rozmawiali o tym jak minął im koniec wakacji, ale nie poruszali tematu wojny. Dla każdego z nich był to drażliwy temat. Nawet nie zauważyli jak szybko zleciał czas i nie było już alkoholu w butelce. Żeby nikt nie nabrał podejrzeń schowali ślady obecności whiskey. Wszystko było świetnie, każdy był w dobrym humorze, do czasu gdy zauważyli jak młodsza siostra Dafne, Astoria siada na kolanach Malfoya. Był to niecodzienny widok, wszyscy wiedzieli, że on jej nienawidzi. Każdy był zdziwiony jej obecnością i to w dodatku na kolanach ich najlepszego kumpla. Pierwszy z otrząsnął się właśnie sam zainteresowany.
 - Możesz mi powiedzieć co ty robisz w tym przedziale i to w dodatku na moich kolanach! – powiedział Draco, po czym bezczelnie zrzucił z siebie natręta, strzepując ze spodni nadmiar pudru, który nałożyła na siebie Greengrass.
- Siadam na kolanach mojego przyszłego męża i nie wiem czemu mnie zrzucasz, Dracusiu mój kochany. – Astoria nie widziała nic złego w tym, że tu przyszła. Rodzice powiedzieli jej, że pewnie się z nim ożeni, bo są blisko podpisania umowy z państwem Malfoy. Kiedy usłyszała tą informację dosłownie skakała z radości. Jej marzenie mogło się spełnić i ona nie zamierzała tego zmarnować.
- O jakiego męża ci chodzi! Ja ci nic nie proponowałem. Wynoś się, póki ci nic nie zrobiłem. – Nie wiedział jakim cudem jeszcze jej niczym nie przeklął.
- Ty może nie, ale twoi rodzice stwierdzili, że powinniśmy się ożenić. Wspaniale prawda, Dracusiu mój kochany? – zaszczebiotała.
- Nie, nie wspaniale, a teraz wypad z tego przedziału. Już! – dodał, kiedy obiekt jego wściekłości nie ruszył się z miejsca.
- No dobrze, czyli porozmawiamy w szkole, mój przyszły mężu! Pa! – podeszła do Dracona pocałowała w policzek i wyszła z przedziału.
- Co to miało być! Ja już sobie z rodzicami pogadam! Co oni sobie wyobrażają?! I jeszcze ona! Czy ona ma w sobie choć odrobinę mózgu?! Raczej nie! Pffff…. – pieklił się Draco, po czym zaczął się rękami wycierać w miejscu, gdzie pocałowała go Astoria. – Fuuuuuu… Ej, chłopaki chodźcie, pomożecie mi to zmyć. – miał na myśli ślad szminki. Ruszył w stronę łazienki mężczyzn, a jego przyjaciele poszli razem z nim.

- Dobra, ty Teo mów co chciałeś, a ty Diable daj mi coś czym zmyję tę głupią szminkę.- rozkazał Draco.
- No bo chodzi o to, że – zaczął Teodor – podoba mi się pewna dziewczyna. Jego koledzy natychmiast zaprzestali wykonywania obecnych czynności i popatrzyli na kumpla z szeroko otwartymi oczami.
- Serio?! Kto to? – dopytywał się Zabini. Zazwyczaj nie mówił im takich rzeczy, więc to go zdziwiło. Musiał się dowiedzieć kto to.
- Tojestślizgonkaitojestpansyparkison. – powiedział na jednym wydechu Ślizgon.
- Mógłbyś wolniej i głośniej? – Zapytał Dracon.
- Smokuuuu… naprawdę muszę to powtórzyć?... – spojrzał na niego błagalnym wzrokiem.
- Tak. – ostry głos przyjaciela uświadomił mu, że nie ma innego wyjścia.
- To jest ślizgonka. – jego przyjaciele odetchnęli z ulgą. Łatwiej będzie im zaakceptować wybrankę Notta. – I to jest Pansy Parkinson.
- To spoko. Żaden z nas oprócz ciebie na nią nie leci, więc ci pomożemy w zdobyciu jej, prawda Smoku? – wyraził swoją jak zwykle szczerą opinię Blaise.
- Prawda. Gwarantuję ci, do ferii świątecznych będzie jeszcze twoja. Teraz radziłbym już iść, bo się nasze drogie panie popłaczą, że nas długo nie ma. – powiedział lekko rozbawiony Malfoy, po czym udał mdlejącą Pansy. Wszyscy się zaśmiali, przystali na jego propozycję i poszli na swoje miejsca.

W tym samym czasie u dwóch ślizgonek…

- Patrzcie w Proroku pisze, że wczoraj dokonano aż pięciu morderstw na czarodziejach! Dwóch mugolskiej krwi, dwóch byłych wyznawców Czarnego Pana i jeszcze jednej czarodziejki, której tożsamości jeszcze nie odkryto. Piszą też, że na miejscach zbrodni zawsze były litery MWA. Nikt jeszcze nie odkrył co one oznaczają. Ale, ale ja chyba wiem co one oznaczają! – wykrzyknęła blada i przerażona Dafne…